Dziś chciałem opisać trzecią historię (pierwsza była tutaj, a druga tutaj), jaka zdarzyło mi się gdy chorowałem na “bycie ewangelistą”, i szukałem jakiejkolwiek możliwości współpracy między różnymi chrześcijanami z różnych bajek.

Rzecz zadziała się niesamowita, znałem już w Warszawie wielu chrześcijan różnej maści i denominacji, no i kilka osób wiedziało, że jakoś tak lubię chodzić po ulicy i głosić o temu to tamtemu. Pewnego dnia dotarła do mnie wiadomość z Pruszkowa, podobno jest tam pastor, który zakłada tam zbór (kościół El Shaddai) i potrzebuje ludzi, którzy pomogą mu w ewangelizacji. No i udało się, Ja, jeden znajomy i jacyś ludzie, których poznałem dopiero na miejscu, pojawiliśmy się w Pruszkowie głosić w parku ewangelie. Napisałem “rzecz niesamowita”, bo pierwszy raz ujrzałem jakąś normalną współpracę, wszyscy wiemy, że głosimy Ewangelie Jezusa Zmartwychwstałego i tyle nam w zasadzie o sobie wzajem wiedzieć potrzeba, do dzieła zatem. Nikt nie pytał, kto ja jestem, skąd jestem i po co jestem, zgromadziliśmy się i jakbyśmy wszyscy wiedzieli, co teraz nam przyszło robić (to się na co dzień nie dzieje… w kręgach chrześcijańskich). Byłem pełen podziwu i szacunku do pastora.

W ten sposób odbyła się jedna, druga, trzecia ewangelizacja – już nie pamiętam dokładnie, ile ich było, w każdym razie, kilka na pewno. Czułem że to jest to mam robić, czułem się jakby na swoim miejscu. Ewangelizacje dalej odbywały się co jakiś czas… aż w końcu nastała jedna taka dziwna. Było tym razem mniej osób jakaś taka kameralna atmosfera, ktoś grał na gitarze, a ja chodziłem od człowieka siedzącego na ławce do człowieka. Tak doszedłem do Tomka, Tomek był bezdomnym, i jak zwykle opowiadam mu ewangelię, jakoś tak mnie tknęło, by opowiedzieć swoje świadectwo, opowiedzieć o tym ze Bóg żyje tu i dziś też, tak jak kiedyś. Krótko to trwało jak na mnie, może 10-15 minut, poczułem, że coś się dziwnego zadziało, jakoś ten Tomek był nadwyraz ożywiony.

Chwilę jeszcze pogadaliśmy, i jakoś doszło do tego, że On mówi, że chce się teraz ochrzcić, zgłupiałem… tak jeszcze nie było… Nie do końca wiedziałem co zrobić, była tam z nami Marlena, taka dziewczyna z Kanady, która podróżowała po świecie, bo podobno Bóg tak jej powiedział (tu o niej więcej, a tu jej książka ze wspominkami tej podróży, a tu ebook na Amazonie), uznałem że może ona będzie wiedzieć, co w takiej sytuacji się robi (niby zawsze po to głosimy ewangelię, ale nigdy nie działało to tak szybko… ja trochę zgłupiałem) Ledwo do niej doszedłem pytać dukając moim angielskim co teraz? A tymczasem patrze, Tomek już wchodzi do fontanny i zaczyna się zanurzać, dobiegliśmy więc do niego i go zanurzyliśmy, by było bardziej formalnie. Pogadałem z nim jeszcze trochę, zaprosiłem na jutro na nabożeństwo do kościoła itd. Tomek rzecz jasna przyszedł, dałem mu wtedy swoją biblię.

Potem sytuacja miała się gorzej…

Jakiś czas później miałem rozmowę z pastorem, poruszyliśmy sytuację tego chrztu. Trochę się posprzeczaliśmy, według mnie w niebie cieszą się z każdego nawróconego… według pastora na tym chrzcie było cytuje “za mało sacrum”. Kolejnymi argumentami było to, że to nielegalne chrzcić w fontannie, można podobno mandat zapłacić, a woda podobno tam jest z dodatkiem jakichś chemikaliów, no i jakie to dało świadectwo o nas wszystkim tym, co nas oglądali wtedy (w parku był sporo ludzi to fakt). To były argumenty pastora, z mojej strony ja wiedziałem tylko jedno, zastanawiałem się co dziś czuje ochrzczony Tomek, który czuje się dziś zaakceptowany przez Boga i i byłem gotów nawet ten mandat zapłacić, a jeśli chodzi o ludzi obserwatorów, to myślałem że pewnie zazdrościli nam tak żywej wiary. Tak nasze drogi na tej sprzeczce się rozeszły… troszkę się nie dogadaliśmy z pastorstwem, nie było już więcej mojego ewangelizowania w Pruszkowie.

To wszystko działo się kilka lat temu, z kolei kilka miesięcy temu, postanowiłem jednak zadzwonić do pastora i oddać mu autorytet i przeprosić za tą sytuację. Zrozumiałem jedno, zrozumiałem że jak Bóg coś kładzie danemu człowiekowi na sercu, to z dużym prawdopodobieństwem to jest powołanie tego człowieka. Tak właśnie zrozumiałem powołanie pastora Jacka, miał powołanie do prowadzenia zboru w Pruszkowie, do prowadzenia tam nauczań, ja nie czułem tego powołania i w zasadzie powinienem mu oddać autorytet, który mu wtedy podczas naszego sporu zabrałem. Była to bardzo miła rozmowa, dowiedziałem się, że w zasadzie nic się nie stało i wszystko ok między nami, Pastor jednak na koniec skomentował “szkoda tylko, że ten człowiek nie przyszedł później do zboru…”

i tu zaniemówiłem…

Bo prawda była taka ze ten Tomek przyszedł następnego dnia do zboru, ale nabożeństwo było nadzwyczaj dziwaczne. Do wygłoszenia kazania lub czegoś w tym rodzaju była zaproszona jakaś Pani pastor. Bardzo lubię jak kobiety mają głos w kościele, więc byłem pełen nadziei, zresztą o ile dobrze pamiętam jej nazwisko czy też imię to coś z “nadzieją” miało wspólnego. Pani pastor zamiast kazania jakkolwiek biblijnego zrobiła nam coś w rodzaju lekcji rozwoju osobistego… siedziałem słuchałem, i nie wiedziałem, gdzie się mam schować? Było mi tak ogromnie wstyd przed tym bezdomnym, ja mu tu o żywym Bogu mówię, o ewangelii, o tym, że da się żyć tak jak w biblii napisane, że da się normalnie żywo wierzyć, że Bóg jest żywy, że nie trzeba żyć tak jak świat wokoło pokazuje, że można powrócić na łono Boga Ojca w Chrystusie. A tymczasem czuje się dziś jak coachingowym szkoleniu rozwojowym… gdzie o Jezusie się praktycznie nie wspomina i do niczego on nie jest potrzebny. Podszedłem na koniec do Tomka, podarowałem mu swoją biblię, szczęście w nieszczęściu, widać po nim było, że jest radosny szczęśliwy i zbawiony i to go najbardziej interesowało, niż to co było mówione…

Ani ja, ani On nie zawitaliśmy już potem do tego zboru… i rzeczywiście nie wiem co dziś, u Tego Tomka jest? Miałem przez jakiś czas do niego telefon, ale jakoś po tym co się zadziało, nie umiałem zadzwonić… wstyd mi było za chrześcijan…. Z bibli na szczęście dowiaduje się, że u Boga jest jakoś inaczej, jeden sieje, drugi daje wzrost itd. Ufam, że Bóg ma to wszystko jakoś pod opieką i ten Tomek znajdzie gdzieś wzrost… a to jego niewidzialne królestwo, którego szukam – jest… i działa, jakoś niezależnie od naszych ludzkich dziwnych poczynań.

 PS: Poznałem w tym życiu kilku Coachów, i wiele osób zajmujących się rozwojem osobistym, naprawdę nic ciekawego dla naśladowców Chrystusa w tym nie ma, człowiek idący za Chrystusem nie należy już do tego świata… A jeśli ktoś jeszcze ma zamiar uczyć po chrześcijańsku rozwoju osobistego, polecam najpierw przeszkolić się u Piotra Blandforda. I nie piszę tego prześmiewczo, naprawdę podziwiam tego człowieka, i jakbym miał przyznać światową nagrodę na najlepszego coacha to przyznałbym jemu, a osobiście jak go mam nadzieje, że kiedyś spotkam, to uściskam i podziękuje. Od czasu gdy zacząłem brać od niego tą jednominutową lekcję, mam alergię na wszelakie inne coachowe rozwoje nauczania, bo jak się przysłuchać temu co Piotr mówi, to po prostu nie da się już nic lepszego wymyśleć.