Temat ten podzielę na 4 etapy, zaobserwowałem je zarówno u siebie jak i u wielu chrześcijan, którzy twierdzą że mają relację z Bogiem. To rzecz jasna tylko moje przemyślenia na dzień dzisiejszy i zdaje sobie sprawę z ich ułomności, ale myślę że coś wartościowego uda się Tobie z nich wybrać i zastosować.

Jako tytułowy ‚obraz Boga’, nie mam na myśli malowidła, ani nic w tym stylu – mam na myśli nasze emocjonalne wyobrażenia o Bogu, co dosyć obszernie jest wyjaśnione na przykładach poniżej. W każdym razie trochę głębiej rozumiem to drugie biblijne przykazanie, aby nie robić sobie wizerunków Boga, jakikolwiek wizerunek ‚obrazkowy, malowidłowy’ to są jakieś nieadekwatne emocje skierowane do ‚Boga’. Nie powinniśmy też zatem robić sobie jego wizerunków emocjonalnych, bo te pokierowane są naszymi ludzkimi doświadczeniami tu na ziemi.

Etap I – Bóg jako wyidealizowany rodzic – relacja z fałszywym obrazem

Gdy poznałem ludzi z tzw. subkultury chrześcijańskiej, okazało się że sporo w tym towarzystwie wymyślnego slangu. Jedno z takich nowych haseł, które w tym towarzystwie funkcjonuje to hasło ‚relacja z Bogiem’. Długo próbowałem z żoną pojąć o co im chodzi… zrozumieć co oni maja na myśli? Bo słowa – relacja ciężko się doszukać w bibli…

Generalnie tłumaczyli to wszyscy mniej więcej spójnie, że w wierze nie chodzi o religię, ale o relację z Bogiem.. hmm no ok? Ale jak? Brzmiało to strasznie sztucznie… a wyglądało dość dziwnie i nie zawsze racjonalnie.

Diagnoza organoleptyczna i emocjonalna tego zjawiska subkulturowego dała nam kilka spójnych powtarzających się i przewidywalnych zachowań. Wiele osób przez słowo relacji z Bogiem miało na myśli jakiś proces emocjonalny czasami rozwojowy, czasami niestety stabilizujący, który racjonalizowany był przy pomocy fragmentów biblii, czy też wybranych religijnych praktyk. W praktyce polegało to na tym, że ludzie Ci wybierali sobie jakieś fragmenty pisma, czy też twierdzili że Bóg im coś akurat mówi, albo każe coś robić, następnie to robili (wtedy jak twierdzili się rozwijali w Bogu), lub tego nie robili (wtedy jak twierdzą Bóg się na nich np. złości, a Duch Święty się odwraca).

Problem w tym, że w wielu (w zdecydowanej większości) przypadkach – po dłuższym poznaniu danej osoby jakoś dziwnie mogliśmy przewidzieć, który fragment biblii dana osoba wybierze, czy też na jaki temat (Bóg z którym jak twierdzili mieli relację był bardzo przewidywalny…). A polegało to na tym, że ta tzw. relacja z Bogiem często po prostu była realizacją swoich emocjonalnych potrzeb-traum, racjonalizowana danym fragmentem pisma. Ta relacja z Bogiem była po prostu używaniem wiary do swoich celów, w postaci doświadczenia różnych doznań emocjonalnych spójnych z nieprzepracowaniem (ułomnością emocjonalną).

Może podam przykład, bo tak na sucho ciężko wytłumaczyć (dla uproszczenia przykład jest schematyczny – i nie radzę go brać jako schemat bo każdy z nas jest inny):

Dobrym takim – często obserwowanym przykładem jest osoba, która ma emocjonalny problem z wybaczeniem np. swojej matce lub innej opiekunce – matka np. miała silną osobowość i rządziła w domu. Często taka osoba zostając chrześcijaninem – nawracając się odchodząc od kościoła katolickiego zamiast skupić się na pełnym zbawieniu i wybaczyć w pełni swojej matce, skupia się na obgadywaniu katolickiego kościoła i nagabywaniu (potępianiu) na błogosławioną między niewiastami Miriam (Marię, Maryję) – Łk 1:28 . Taka osoba często twierdzi, że Bóg jej mówi, że tak ma właśnie robić i tak się zachowywać – nazywając to relacją z Bogiem. Są w tej relacji rzecz jasna inne aspekty i nie jest to czarno-białe, ale relacja ta nadmiarowo kręci się wokoło tego tematu.  Przykładowo taka osoba głosząc ewangelię będzie się skupiała na tym by zawsze tam wspomnieć o tym, że Maryja to zła kobieta była…  miast skupić się na Dobrej Nowinie – głoszeniu prawdziwego słowa Bożego jakim jest zmartwychwstały zbawiciel Jezus Chrystus syn Boga.

Nawet jak taka osoba poradzi już sobie trochę z tym problemem… skupia się potem relacji z Bogiem który nie lubi kobiecości – czyli nad wymiar skupia się na wybranych fragmentach pisma np. o tym że kobieta ma być podległa mężczyźnie, że ma nie głosić itd.

To oczywiście tylko przykład, ale można by mnożyć takich… choćby głoszenie potrzeby tego, aby w kościele było ‚wszystko w jak najlepszym porządku’ – bo gdzieś zdaje się w liście do Tesaloniczan tak napisano, by w sobotę koniecznie odpoczywać itd. bo jak nie to Bóg się zezłości… Problem jedynie w tym, że z dużym prawdopodobieństwem, tacy ludzie mieli ‚warunkową’ miłość od rodziców (opiekunów). Jak np. posprzątali w domu to wydawało im się, że rodzice ich bardziej kochali, jak nabałaganili to już mniej… itd. Teraz przekładają tą wizję rodziców na Boga szukając potwierdzenia – racjonalizacji tego w biblii. Co niestety jest trochę nieadekwatne bo Bóg nas kocha bez  takich warunków…

Tak rozumiana relacja z Bogiem niestety moim zdaniem jest błędna i szkodliwa… choć nie wiem czy czasem nie konieczna? – o czym za chwilę. Jest to po prostu przeniesienie relacji z opiekunami na ziemi na relację z Bogiem, który pozostaje w wyobraźni ‚wyidealizowanym’ rodzicem, lub antyrodzicem (jak podałem w przykładzie). Dlaczego uważam, że tak być nie powinno:

  • Po pierwsze jest to skupianie na wybranych fragmentach i robienie z nich zasad przykazań – co wogóle nie powinno mieć miejsca, bo Jezus dał dwa przykazania…i mamy głosić jego zwycięstwo nad śmiercią, a nie kolejną śmierć w nowym ‚zakonie’.
  • Po drugie jest to zamykanie drogi do zbawienia wielu ludziom – o czym Jezus wyraźnie wspominał, że ‚ktoś’ te bramy zamyka. Wracając do przykładu: wystarczy, że ktoś jest katolikiem i miał zupełnie innych rodziców tu na ziemi np. miał kochającą-potulną mamę i srogiego Ojca. Taki ktoś prędko nie zrozumie przekazu kogoś, kto znienawidził wizerunek kobiety Miriam i głosi nienawiść do Maryi. Głosząc ewangelię (Dobrą Nowinę) takiej osobie polegałoby to na tym, że trzeba by złagodzić wizerunek srogiego groźnego Boga Ojca (np. Boga jako kosmicznego sadysty – taki wizerunek niektóre osoby mają…), zamiast nakazać na dzień dobry porzucić bezpieczną ostoję – pośrednika w postaci świętych i Maryi. Porzucenie ‚bezpiecznego pośrednika’ jest dla niech emocjonalnie nie do zniesienia, gdyż zostają wtedy pod opieką ‚Boga kosmicznego sadysty’…. głosząc dobrą nowinę do takich ludzi należałoby się skupić na pokazaniu, że Bóg jest miłością, pokazanie że Jezus sam chciał iść na śmierć (Bóg nie posłał go na silę  jako ‚kosmiczny sadysta’). To jest dla nich prawdziwą Dobrą Nowiną (choć należy uważać bo cały czas poruszamy się w emocjonalnym wizerunku Boga)…  Te osoby prędzej czy później porzucą pośredników w postaci świętych i Maryi, ale najpierw muszą pojąć że Bóg nie jest srogim złym ojcem… skoro mają być pod jego pieczą.
  • Ogromny problem przy tak rozumianej relacji z Bogiem np. pojawia się wśród osób z domów dziecka, lub takich które miały emocjonalnie niedostępnych rodziców – opiekunów (martwych emocjonalnie, lub po prostu zajętych innymi sprawami). Często tacy ludzie widząc, że kompletnie nie mają tej potrzeby (wyobrażenia wyidealizowanego rodzica/antyrodzica) – co osoby wierzące – zostają po prostu ateistami, nie zaznając emocjonalnej obecności opiekunów, ciężko im przyjąć emocjonalną obecność Boga. A widzą po innych, że wiara na tym właśnie polega…
  • No i po czwarte to nie jest relacja z Bogiem tylko z wyobrażeniem Boga… i niestety taka relacja z Bogiem tworzy kolejne religie i podziały w kościele budowanym przez Ducha Świętego…

Inna sprawa to taka, że tak rozumiana relacja z Bogiem, mimo że moim zdaniem szkodliwa i błędna to nie wiem czy przypadkiem nie konieczna na jakiś czas? W całej bibli sporo takich przeniesień, przypisywania Bogu cech rodziców można by namnożyć dosyć wiele… Bóg też to widział i napominał kilka razy przez proroków, aby prorokować przeciwko prorokom Izraela, ‚bo mówią wymysły serc swoich…’ .To jest napewno jakiś proces, który trzeba jak najszybciej przejść w swoim życiu. Należy skupić się w pełni na miłości Boga i zbawieniu z łaski i badać w pełni swoje serce, aby pozbyć się tych ‚fałszywych relacji z Bogiem’ – kierowanych naszą przeszłością. Im szybciej to zrobimy tym bardziej będziemy skuteczni w budowaniu prawdziwego Królestwa Bożego.

Osobiście robię to w ten sposób, że badam często swoje uczucia i zachowania, porównując to z tym jak zachowywał się Jezus (w myśl starczy jak uczeń będzie jak mistrz jego) jeśli jakieś zachowanie nie do końca mi się podoba i często je powtarzam, poszukuje w swojej przeszłości momentu w którym to zachowanie powstało… często jest to po prostu jakaś niewybaczona trauma wobec kogoś… Często też Bóg mi w snach różne rzeczy przypomina.. czasem są to wręcz bezsenne noce gdy co chwila się budzę bo coś nowego mi się przypomniało… to wszystko we mnie po prostu pracuje… i się z tego uwalniam.

Innym razem z kolei biorę list Jana, gdzie wspomina o tym że nie jesteśmy w stanie kochać Boga, którego nie widzimy, dopóki nie kochamy osoby którą widzimy i stosuje w praktyce. Mam na to prostą metodę wsiadam na początku pociągu i przechodzę przez cały pociąg patrząc na wszystkie twarze osób obok których przechodzę, a których nie znam… różne uczucia mi się wtedy pojawiają, ale zawsze praktycznie jest tak, że do kogoś pojawi mi się jakaś ‚niechęć’. Następnie siadam i zastanawiam się czemu do tej osoby, pojawiła mi się niechęć… zwykle – a właściwie zawsze okazuje się po prostu, że ta osoba przypomina mi kogoś z przeszłości kogo niezbyt miło wspominam, lub też kojarzy mi się po prostu z czymś nieprzyjemnym. Próbuje następnie wrócić do tej sytuacji i po prostu pokochać tą osobę… Bo problem w tym taki, ze jeśli do kogoś kogo widzę na ziemi czuje niechęć, będę to rzutował na wizerunek Boga – pisał o tym Jan w tym liście, jest to też szeroko zbadane zjawisko projekcji i przeniesienia emocji.  Rzutujemy na obecną rzeczywistość nasza przeszłość emocjonalną.

W ten sposób poprawiam sobie wizerunek Boga, by był jak najbardziej prawdziwy a jak najmniej pokierowany moimi ‚traumami’ emocjonalnymi… dzięki temu ta relacja może być coraz bardziej prawdziwa.

Podsumowując relacja z tak rozumianym Bogiem, który jest po to by służyć pielęgnowaniu naszych osobistych ‚patologii emocjonalnych’ –  znacznie ogranicza ilość chrześcijan zaangażowanych w budowanie Królestwa Bożego, gdyż głoszony jest Bóg z wyobrażeń… A relacja z nim, jest po prostu relacją ze swoimi traumami (wybranymi fragmentami pisma, mówiących o ich potwierdzaniu) i jeśli ten Bóg nie spasuje do osoby której jest głoszony będzie ona miała ogromny problem w przyjęciu zbawienia. Innymi słowy bardzo tym samym ograniczamy i zamykamy bramy Królestwa Niebios. Ale jakby nie było, wczytując się w biblię i w  słowa Jezusa (parafrazując: sidła muszą być, ale biada temu kto je wprowadza) wychodzi na to, że wszystko to musiało się zadziać, abyśmy jako społeczność wierząca doszli do kolejnego etapu, przed ponownym nadejściem Chrystusa.

Etap II – Bóg jako pokonany rodzic – relacja z babilonem

Po wielkiej powodzi… Nimrod wybudował wieżę Babel… miał wtedy jeden cel – pokonać Boga. Chciał pokazać ludziom, że już nie ma się co bać Boga, bo jak coś to na szczycie wieży i nas Bóg nie zatopi. W ten sposób rozpoczęła się religia Babilonu…Religia pokonania wizerunku Ojca… Religia ta ‚dlatego chwyciła’ bo jest zgodna z linią przeżyć emocjonalnych praktycznie każdego dziecka, które często ‚symbolicznie zakochuje’ w rodzicu płci przeciwnej, a tym samym chce pokonać rodzica tej samej płci.  W psychologii zjawisko to opisane jest jako kompleks Edypa (jak i różne jego modyfikacje itd.) i jako takie w społeczeństwie jest wszechobecne i jak najbardziej normalne (mimo, że sobie tego jako dorośli często nie uświadamiamy, jednak jakby poszukać w głębszych wspomnieniach zwykle coś takiego miało miejsce, choćby w ulotnych chwilowych myślach).

W praktyce tzw. babilon objawia się nam na codzień wszędzie tam gdzie chcemy mieć więcej, posiadać lepsze itd. emocjonalnie polega to po prostu na pokonaniu wizerunku rodzica, które to pokonanie (posiadanie lepszego niż rodzic) przerzucamy na wszystko co nas otacza…

Co to ma wspólnego z relacją z Bogiem? Otóż wiele… przynajmniej u mnie miało i do tej pory z tym walczę, obserwuję też to u wielu chrześcijan. Jak już odkryjemy że jesteśmy zbawieni, przyjmiemy zbawiciela, zaczniemy pozbywać się fałszywego wizerunku Boga z pierwszego etapu to teraz czas na życie w błogosławieństwach… Innymi słowy odkrywamy, że Bóg z pierwszego etapu jest pokonany… cieszymy się zatem z tego powodu i tworzymy wizerunek nowego Boga głosząc tzw. ewangelię sukcesu.

Relacja z Bogiem pokonanym to relacja z Bogiem który nakazuje nam zdobywać więcej, robić więcej, robić lepiej… ba mało tego, jest to relacja z Bogiem który błogosławi nam w tym abyśmy mieli więcej i lepsze. Dlaczego coś z tym jest nie tak?

  • Często przeradza się to na budowanie kościoła dla Boga bez Boga. Kościół taki polega np. na tym że ma być większy czy też lepszy od innego kościoła.
  • Często prowadzi to do wywyższania się na innymi… podczas gdy Jezusa mamy naśladować… a to on klękał przed innymi myjąc im nogi, a nie przed nim klękano.
  • Bawimy się w zbawiciela… myślimy jak będziemy mieli więcej to napewno będziemy bardziej skuteczni w budowaniu Królestwa… a prawda taka, że mamy tyle ile potrzeba jakbyśmy się lepiej skupili na słyszeniu głosu Boga to wiedzielibyśmy co z tym zrobić aby być bardziej skutecznym… tymczasem wolimy po swojemu nagromadzić więcej…
  • Odciąga to od tego co mamy robić… mamy wypełniać pismo, bo każde słowo wysłane od Boga musi się spełnić… Jest jeszcze wiele słów Jezusa, których się nikt nie wypełnił… Jezus na coś czeka już te 2 tyś lat? Mamy głosić i szerzyć ewangelię Królestwa Bożego… tak, aby gdy przyjdzie Bóg w chwale ludzie nie pouciekali 🙂 – a nie siedzieć i opływać w błogosławieństwach… Mamy żyć wiecznie, a umieramy jak ludzie… (psalm 82).

Podobnie jak w pierwszym etapie… nie zaprzeczam, że etap ten nie jest konieczny do jakiegoś rozwoju – to jakiś proces – to się musiało stać, abyśmy coś zrozumieli. Coś jakby niewolnik nagle wyszedł z niewoli i zanim się ogarnie co jest grane, nauczy żyć na nowo po prostu się cieszy….  I to jest fajne – Bóg w swojej miłości pozwala nam się też poznać od tej strony. Choć to dalej rozwój, wiele chrześcijan i organizacji chrześcijańskich zatrzymało się na tym poziomie relacji z Bogiem pokonanym – babilonem… ciężko z niego wyjść… W każdym razie Bóg przewidział też dla takich rolę – jak ktoś już lubi te błogosławieństwa to niech je wykorzystuje po prostu do budowania Królestwa Bożego w postaci wspierania tych co są na linii frontu 🙂 Bo błogosławiony ten kto daje… a nie ten co gromadzi.

Sam w swoim życiu zaobserwowałem nieraz już jakieś nadzwyczajne błogosławieństwo w jakiejś sprawie. Choć teraz rozumiem to po prostu jako zapowiedź tego co ma być na końcu… kiedy niczego nam nie będzie brakować (bo tak było na początku). Dziś po wielu doświadczeniach zrozumiałem chęć gromadzenia, posiada lepszego itd, że jest to po prostu moja ‚wola’ i o dziwo w swojej miłości Bóg jest ku niej przychylny, stwierdziłem jednak po pewnych czasie, że wolę by działa się wola Boga…

Wyzwolić się z tak rozumianej relacji z Bogiem pokonanym, pozwoliło mi kilka doświadczeń, np. kiedy po modlitwie Bóg był przychylny i spełnił ta ‚moją wolę’ co w praktyce okazało się bardzo niekorzystne… stwierdziłem po prostu, że wola Boga będzie bardziej korzystniejsza opcją.

W każdym razie jest napisane, że Babilon musi upaść, jest napisane że w Królestwie Bożym będzie bez pieniędzy…. budowanie więc Królestwa Bożego opartego na zasadach babilonu, to można rzec budowanie z ‚papieru’ (pieniądz jest papierowy), podczas gdy powinniśmy budować z lepszych materiałów, najlepiej żywych. A to jest możliwe tylko realizując przykazanie Jezusa o miłości.

Bardzo też ogarnęły mnie np. te słowa ‚ i mówicie: „Gdybyśmy żyli za czasów naszych przodków, nie byliśmy ich wspólnikami w zabójstwie proroków”. Przez to sami przyznajecie, że jesteście potomkami tych, którzy mordowali proroków!’ (Mt 23:30). Bardzo ciężko mi się było przyznać przez sobą, ale… przecież ja dziś mówiłem, że napewno ‚nie zabiłbym Jezusa, to źli faryzeusze byli – nie mam z nimi nic wspólnego…’ Dotarło, że jednak mam z nimi wiele wspólnego i będąc na ich miejscu pewnie zrobiłbym wtedy to samo – pojmałbym Jezusa…  A to że tak bym zrobił, wiem tylko dlatego… że zrozumiałem te słowa Jezusa, zrozumiałem co znaczy że dziś mówię że napewno tego bym nie zrobił, a znaczy to tylko tyle że przyznaję się bym to raczej napewno zrobił.

Postawiły mnie te słowa na ziemię i dzięki nim, zacząłem tą sprawę znacznie poważnej traktować. Jest w tym fragmencie właśnie mowa o tym, że musimy się przyznać do tego że zaprzeczając temu że nie jesteśmy tacy źli, przyznajemy się do tego że jednak jesteśmy źli. Jest tu mowa wprost to tym, że chcemy zabić proroków, czyli kogoś kto chce odmienić nasze życie na Boże drogi… Tak właśnie często staje się z wizerunkiem Boga, z relacją z nim… ograniczamy ją do tego by budować swoje królestwo dla Boga, a to co prawdziwe o nim ‚chcemy zniszczyć – zaprzeczyć istnieniu’… Musimy zrozumieć, że jest to po prostu chęć budowania Babilonu, chęć wyzwolenia się spod wizji Boga jako niedoskonałych rodziców, chęć pokonania rodziców (to wszystko rzecz jasna opis symboliczny – tego co dzieje się w naszych emocjach – nie należy brać tego dosłownie). Musimy zrozumieć, że relacja z takim Bogiem ma krótkie ‚nogi’  i często po prostu zamiast relacji z Bogiem przeradza się w relacje z  tłumem, którzy patrzą na nas jakiego to fajnego Boga mamy… i z budowaniem prawdziwego Królestwa Bożego to krok za krokiem ma coraz mniej wspólnego… choć jakby to pewnie powiedział Jezus.. ‚to musiało się zadziać’.

Ja tu buduje Królestwo Boże oparte na błogosławieństwach i swoich wizjach… a tu nagle przychodzi jakiś Jezus i wszystko mi rozbraja jakim palcem Bożym…? Gromadzimy skarby na jakąś misję Bożą, a tu nagle jakiś Bóg sypnie złotym pyłkiem… albo szlachetnymi kamyczkami… no jak wogóle może śmie przeszkadzać. Całe życie spędziliśmy by zgromadzić te skarby dla Boga, a on nagle tak po prostu stwarza takie ot choćby np złoto?… jak on śmie wogóle? To już się dzieje.. już to Bóg zapowiada… w niektórych kościołach czasem pojawia się złoty pył który ma opaść na ulicę Nowego Jeruzalem itd. niektórzy twierdzą, że to zwiedzenie – ja twierdze że to raczej z dużym prawdopodobieństwem zapowiedź ostatecznego upadku Babilonu, jak w jedną godzinę się tego pyłu wystarczająco dużo pokaże to Babilon ot tak po prostu upadnie, w jedną godzinę jak napisane… Owocem tego złotego pyłu jest to, że wszyscy Ci którzy gromadzą skarby tu na ziemi nagle zaczynają się zastanawiać co i jak? Po co to gromadzić skoro dla Boga to tylko kostki brukowe w jego Królestwie? czym są zatem prawdziwe skarby? Gdzie zatem naprawdę gromadzić i gdzie jest ta prawdziwa relacja z Bogiem?

Generalnie musimy wyjść  tego piekła Babilonu, gdzie mieć jest zamiast być… im wcześniej to zrobimy tym dla nas lepiej.

 

 

Etap III – prawdziwa relacja z prawdziwym Bogiem (dziecko Boga)

Dlaczego Bóg nie uzdrowi wszystkich chorych na świecie skoro potrafi? – takie pytanie czasem można usłyszeć rozmawiając o Bogu. Odpowiedź znalazłem jedną… a brzmi ona tak, Bóg chce uzdrowić tych  ludzi ze mną i z każdym innym wierzącym! Bóg chce abym nakładał moje ręce na chorych, a on będzie przez nie działał… Bóg chce mieć ze mną relację i przez takie i inne cuda coraz bardziej poznawał czym jest jego miłość. Ta relacja z nami – ludźmi z jakiegoś powodu opartego na miłości jest znacznie bardziej ważna niż uzdrowienie jednym skinieniem dłoni wszystkich ludzi, co w niej jest? czym ona jest? Czemu ta relacja dla Boga jest ważniejsza niż uzdrowienie wszystkich Chorych na świecie w jednej chwili?

Bóg chce abym się modlił, abym widział jak on tych modlitw wysłuchuje, Bóg chce bym się nauczył co jest jego wolą… on chce bym się nauczył, że jego wolą jest miłość. Bóg chce abym głosić Dobrą Nowina – Jezusa Chrystusa, abym głosił zbawienie i powrót do Niego. Bóg chce abym oczyścił się ze wszystkiego co nie jest miłością, abym przyjął to oczyszczenie (Bo on to zrobił!). Bóg chce abym słyszał jego głos i podążał za nim… Bóg chce abym żył wiecznie… Bóg chce abym był gotowy na jego nadejście..

Bóg nie stworzył mnie do uprawiania religii, ale do uprawiania ogrodu, projektowania, podziwiania go, cieszenia się nim, cieszenia się pięknem… Bóg stworzył mnie do tego bym mógł z nim rozmawiać… i nie bał się jego głosu…

Jak za Mojżesza Bóg chciał zaprosić ich na obiad to się bali i posłali samego Mojżesza… Bóg chce czasem zwyczajnie zjeść ze mną obiad i nie chce bym się tego bał jak zobaczę jego chwałę… Bóg chce abym w pełni pojął to czym jest zbawienie, abym mógł do niego powrócić.

Prawdziwa relacja z Bogiem to pełne objawienie miłości, to słyszenie jego głosu, to bycie jak Jezus… to poznanie woli Bożej i cieszenie się nią, realizowanie jej. Chodzenie za jego głosem… To wzięcie wszystkiego co nas uśmierca (swojego krzyża) i pójście za Jezusem… po to by oddać mu to wszystko na jego egzekucje, to zdjęcie z barków swojego jarzma i przyjęcie szaty zbawienia… Prawdziwa relacja z Bogiem to pragnienie jego ponownego nadejścia, to pragnienie tego by było ‚jak w Niebie tak i na ziemi’… to budowanie Królestwa Bożego.

Piękne wyidealizowane, ale czy możliwe? Tak… aby to było możliwe musimy wzrastać, objawiać w naszych życiu coraz więcej Ducha Świętego i pozbywać się błędnego wizerunku Boga i fałszywej relacji z nim z pierwszych dwóch etapów. Musimy pozbyć się przemieszczania wizerunku rodziców na Boga, jak i musimy przestać budować Babilon – jako bunt przeciwko niemu (a w zasadzie przeciwko pierwotnym rodzicom).  Bóg napisał, że będzie nam w tym pomocny i przyśle nam Eliasza. ‚Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego. I skłoni serce ojców ku synom, a serce synów ku ich ojcom, abym nie przyszedł i nie poraził ziemi [izraelskiej] przekleństwem.‚ (Ostatnie zdania z księgi Malachiasza).

Pytanie kiedy nadejdzie ten Eliasz? A może już nadszedł?

Hmm…

Wyraźnie widać, że coś na świecie się dzieje w kierunku pojednania dzieci z rodzicami i rodziców z dziećmi, dzieje się to na wielu płaszczyznach i w wielu środowiskach. Kto ma oczy otwarte ten zobaczy, czy to Duch Święty robi? Skoro pisał, że pośle Bóg Eliasza który to zrobi… to jak widać robi.

Obserwując to co się dzieje obecnie na świecie, tendencje zarówno w środowiskach religijnych, jak i w środowiskach naukowych – psychologicznych, psychoanalitycznych (wiem że te środowiska są odrzucane często przez Chrześcijan ale tak miało być – Jezus mówił, że Bóg wysyła do na mędrców a my ich odrzucamy). Widać wyraźną tendencję w stronę uzdrowień relacji ze swoimi rodzicami, dosłownie w stronę skłonienia serc rodziców ku dzieciom, a serc dzieci ku rodzicom…

Bardzo to ciekawe zwłaszcza, że pojawia się coraz więcej psychologicznych, psychoanalitycznych opracowań problemu projekcji z dzieciństwa na Boga, poczynając od różnych teorii psychoanalityków. Nie będę się tu wgłębiał zbytnio w każdym razie dla zainteresowanych polecam przyjrzeć się pracom  na temat tzw. ‚obrazu Boga’ itd. Są też psychoanalitycy którzy lecząc ten zamazany własnymi traumami ‚obraz Boga’ poznali coraz prawdziwszego Boga, wiele o tym pisała np Ann Belford Ulanov.  Jezus wyraźnie mówił, że Bóg wysyła do nas mędrców – a my ich odrzucamy… może przestańmy ich odrzucać w końcu?

Są też próby środowisk religijnych poradzenia sobie z tym problemem, powstają różne służby np SOZO – podobno się tą relacją zajmują, zapewne jest tego więcej… Kiedyś słuchając nauczań zabawnych katolickich misjonarzy z Brazylii (bracia Enrique i Antonello), mających doczynienia w Brazyli z naprawdę trudnym środowiskiem (narkomania. prostytucja)  też w jednym z nagrań stwierdzili, że jak się o kogoś modlą to najsilniej działa modlitwa o uzdrowienie relacji z rodzicami…

Jako tako Eliasza wspomnianego przez Malachiasza w postaci ‚osobowej’ ciężko wyłonić, kto wie może się jeszcze nie objawił albo chodzi o ducha Eliaszowego.. ale grunt jak widać jest przygotowywany pod to pojednywanie,  wyraźnie widać tendencje naszych czasów do leczenia tych relacji, do wybaczania do jednania dzieci z rodzicami… i wybaczania sobie… Wcześniej tego w historii nie było, nie było tego zrozumienia, nie było zrozumienia że wiele z naszych życiowych emocjonalnych problemów jest po prostu związana z brakiem wybaczenia, z jakąś traumą emocjonalną z przeszłości.  Bóg dziś uzdrawia te relacje i dzieje się to na całym świecie, kazania w kościołach coraz częściej idą w tym kierunku – cieszę się z tego!

Pragnieniem Boga, jest to aby jego nadejście nie było dla nas ‚dniem strasznym’, ale dniem pięknym, dlatego z pokorą poddaje się i daje się przemieniać Bogu, który po kolei pokazuje mi jakie wizerunki sobie o nim ‚zgotowałem’ w mojej głowie… i pokazuje mi jaki jest naprawdę. Czasem to niestety boli, ale jest to ból radosny, coś jak bóle porodowe, bo wiem że nadchodzi coś nowego, nadchodzi nowe przemienione stworzenie. Innym razem dzieje się to bez żadnego zewnętrznego poznania, a po prostu przy pomocy Ducha Świętego który po prostu objawiając się leczy te relacje w przyspieszonym tempie, ucząc mnie jaki naprawdę jest Bóg. Stworzenie które zawdzięcza swoje życie miłości jaką okazał nam Jezus Chrystus zabierając nasze winy na krzyż… Stworzenie, które jest porwane z tego świata do  świata ciągłej relacji z Bogiem i jego miłością, ciągłego wielbienia i podziwiania piękna stworzenia. Stworzenia, które jest stworzone do szerzenia miłości i budowania w oparciu o nią.

Etap IV – Porwanie – Jest więcej???

Tyle na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć o relacji z Bogiem, wiem jednak że jest więcej. Bóg daje mi co jakiś czas do zrozumienia, że jest jakiś powód dla którego to u mnie trwa tak długo, ale też daje mi chwilę poczuć że jest coś więcej. Daje mi chwilę chodzenia w prawdziwej jego miłości, daje mi czasami poczuć ze jest po prostu coś więcej… ale to więcej jest nie do opisania, to więcej trzeba przeżyć… Czasem po prostu czuje się po prostu porwany z tego świata – czego nie da się ująć słowami, trzeba zwyczajnie poznawać bardziej Boga.

Swoją świadomą drogę poznawania Boga zacząłem od prostej rzeczy.. wykonywania słów Jezusa. W pewnym momencie po prostu wyczytałem w ewangelii Mateusza, że mamy iść do chorych, więźniów itd… a ten kto tego nie robi temu  Jezus powie, że go nie zna… Przeraziłem się tymi słowami, i niemal natychmiast wyruszyłem do hospicjum.. tam mnie niestety mimo przebytego kursu nie wpuścili, wylądowałem później natomiast jako wolonatariusz w szpitalu. Za każdym razem jak tam jechałem modliłęm się ‚Jzeu jade Ciebie poznać, daj mi się poznać’ i tak rozpocząłem swoje poznawania Jezusa, tak rozpocząłem budować swoją świadomą relację z Bogiem, Bóg dał się poznawać… i daje się poznawać coraz bardziej…